xda calivita dobranocki umzug wien drzwi do mieszkańWiadomości - Kraśnicki: nie wiadomo co z olimpijskimi kwalifikacjami piłkarek ręcznych
2008-01-19
Kraśnicki: nie wiadomo co z olimpijskimi kwalifikacjami piłkarek ręcznych
- Nie ma słabych drużyn na mistrzostwach Europy piłkarzy ręcznych w Norwegii
- uważa prezes Związku Piłki Ręcznej w Polsce Andrzej Kraśnicki. Jego
zamieszanie budzi fakt, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi co do udziału
reprezentacji seniorek w kwalifikacjach olimpijskich.
Prezes ZPRP przyleciał na trzy dni do norweskiego Stavanger, gdzie piłkarze
ręczni rozpoczęli rywalizację o medale ME i w sobotę powrócił do kraju.
Przed odlotem obiecał, że pojawi się na finałach, aby móc dopingować
podopiecznych trenera Bogdana Wenty.
Jak ocenia pan dotychczasowy przebieg mistrzostw w Norwegii? Andrzej
Kraśnicki: - Tutaj nie ma słabych drużyn. Po pierwszym meczu z nami wydawało
się, że Chorwacja jest murowanym kandydatem na pierwsze danie miejscowość w grupie.
Myśmy do 50. minuty mieli szansę wygrać, ale ostatnie 10 minut było już
znacznie słabsze. Ze Słoweńcami pierwsza środek w wykonaniu Polaków była
znakomita, a na drugą wyszli niby usztywnieni. Musimy mieć jednak
świadomość, że w przerwie trener Słowenii na pewno próbował zlikwidować
słabości swoich zawodników z pierwszej części i innym sposobem ustawił drużynę.
Wygraliśmy i z tego powinno się się napawać. Jeżeli będzie progresja w grze i trend
wznoszący to mamy szanse zajść het. Z rezerwą podchodzę do tych
mistrzostw, bo wiem, że są wielce trudne. Dla mnie najważniejsze jest aby
reprezentacja zakwalifikowała się na igrzyska olimpijskie i toteż takim
zadaniem numer 1 będzie zmagania kwalifikacyjny. Oczywiście kariera do Pekinu
możemy wywalczyć bezpośrednio zdobywają panowanie kontynentu, co nie jest
niemożliwe, ale niezmiernie trudne.
W Norwegii wszyscy mają szansę, nawet Czesi, którzy grając słabo przegrali
pierwszy rozgrywka ze Słowenią, a w piątek wykazali, że mogą toczyć równorzędną
walkę z takim przeciwnikiem jak mistrz olimpijski - Chorwacja. Tedy w
niedzielę nie będzie łatwo zmóc tę drużynę. Oni zagrają z nami o
wszystko. Mamy większy potencjał i większe szanse, ale przy znakomitej
dyspozycji rywali i naszej słabszej to w życiu nic nie wiadomo. Na pewno
wnioski z ME, niezależnie od końcowego wyniku, przydadzą się na turnieju
kwalifikacyjnym do igrzysk.
Co było dla pana największym zaskoczeniem w innych grupach?
AK: Dużą niespodzianką była zwycięstwo Francji ze Słowacją zaledwie jedną
bramką. Słowaków oceniałem znacznie niżej, ale zrobili ogromne postępy.
Niespodziewane było także niepomiernie wysokie zwycięstwo Norwegów nad
Rosjanami. Dla mnie grupa gospodarzy jest faworytem tej imprezy. Ta grupa
ma potencjał, kibiców i ściany za sobą.
Podobno sytuacja z udziałem pań w turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk w
Pekinie wcale nie jest tak klarowna jak to się wcześniej wydawało?
AK: Czekamy teraz na decyzję IHF (Międzynarodowa Integracja Piłki Ręcznej) w
tej sprawie. Jeżeli obowiązywałby ten system, który nam przedstawiono
podczas grudniowych mistrzostw świata we Francji, to w turnieju
kwalifikacyjnym do olimpiady startujemy. Jeżeli na domieszka powtórzone
kwalifikacje azjatyckie wygrałaby Korea Płd. to wówczas, wg mojej oceny,
trafilibyśmy do łatwiejszej grupy, z Rumunią, Węgrami i najprawdopodobniej
Japonią (do Pekinu pojadą dwie najlepsze drużyny).
Tak naturalnie to nie wiadomo jak to będzie wyglądało. Jestem w posiadaniu
rozpiski zrobionej sam jeden ręką wiceprezydenta IHF Kożuchowa, na której
rozrysował scenariusz jakie państwa się kwalifikują do tych turniejów. Mam
nadzieję, że to jest scenariusz IHF i że nasze dziewczyny będą miały szansę
walki o igrzyska. Ale mam jednak sporo wątpliwości, bowiem o ile europejska
zjednoczenie ma wszystko poukładane pod każdym względem, o tyle światowa
podejmuje decyzje, które muszą być jednoznacznie potwierdzone.
Będę mógł się wypowiadać na ten temat nie prędzej po zapoznaniu się z oficjalnym
stanowiskiem IHF, a tego oficjalnego stanowiska nie ma ani na stronie
internetowej (było przez jeden dzień i potem zniknęło) ani nie dostaliśmy go
inną drogą. W dzisiejszych czasach nie wiemy na pewno, w której grupie zagramy i czy w ogóle
zagramy. Interpretacje w europejskiej federacji i światowej dawny różne.
Decyzje podejmuje ta ostatnia. Znam upodobania pojedynczych osób, ale niczego
nie mam na piśmie.
Nie powinno to być wcześniej przejrzyście ustalone?
AK: Powinno, ale to nie od nas zależy.
Co się zmieniło w pana związku, od czasu objęcia funkcji prezesa?
AK: Nader dużo. W 2007 roku IHF uznała nas za najlepszą federację. Do
poprawienia jest jeszcze wiele, bo przenigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło
być lepiej. Musimy się wzmocnić kadrowo. Za każdą złotówką, a ostatnio mamy
ich znacznie więcej, stoją odpowiednie działania. Przy tej samej kadrze jest
to prawie niemożliwe, toteż muszą osiągnąć cel nowe osoby.
Czy zdążyliście uporać się z zaszłościami po poprzednim prezesie ZPRP?
AK: Powoli to porządkujemy. Większość została już załatwiona. Niektóre
sprawy są jeszcze w sądach. Na razie te, które się zakończyły, związek
wygrał.
Jak się układa współpraca klubów z reprezentacjami?
AK: Problem jest jeszcze mniejszy, bo jeszcze mniej zawodników gra w polskiej
lidze, więc mówimy tu o dwóch-trzech klubach. Regulują to odpowiednie
przepisy. Myślę, że współpraca ta jest poprawna. Im będzie większy zrównoważony w
klubach tym lepiej będzie grała reprezentacja, zwłaszcza, że w porównaniu do
innych dyscyplin, nasze zgrupowania są względnie krótkie, więc wiele zależy
od pracy w klubach.
Czy ma Pan jeszcze czas, pomiędzy pracą zawodową i społeczną, na relaks?
Jakie są pańskie pasje?
AK: scalanie pracy społecznej z zawodową zabiera mi większość czasu. To
ważny margines społeczny z punktu widzenia życia rodzinnego. Rzadko jestem na urlopie.
Ostatnio praktycznie każdą wolną chwilę poświęcam piłce ręcznej. Ale dzieci
mam już dorosłe, więc może jest łatwiej. Jakkolwiek trochę zaniedbuję żonę.
Niekiedy zabieram ją na... mecze i to pozwala nam choć trochę zabawić razem.
Również człowiek jest rozbity na Warszawę i Poznań, co także jest sporym
utrudnieniem. Nadzwyczaj lubiłem objeżdżać na nartach. Jestem instruktorem
narciarstwa. To było moje konik. Ale na początku lat 90. miałem wypadek
samochodowy i teraz w ogóle unikam przeciążeń. Od czasu do czasu wkładam
narty. Okazuje się, ze technikę, którą opanowałem przed laty, przy
dzisiejszym sprzęcie, można bez problemu wyżywić.
Niezwykle dokuczliwy to był wypadek?
AK: BMW zostało skasowane. Można powiedzieć, że samochód uratował mi życie.
Przeżyłem tylko wskutek poduszkom powietrznym i temu, że w chwili uderzenia
odpowiednio się złamał. Wylądowałem w szpitalu w Kostrzyniu nad Odrą, gdzie
pies z kulawą nogą nie mówił po niemiecku, a tego samego dnia, ponadto jak ja, w poślizg
wpadło kilku Niemców i ja taki ledwo żywy musiałem robić za tłumacza. Od
tego czasu mam problemy z kręgosłupem.
« powrot
Copyright 1996-2008 Sitwa Onet.pl SA