CD bedrucken Ekonomia waagen hotel warszawa meble kuchenne lublin

Wiadomości - Pewnego razu będę mieszkał - Punkt sprzedaży

2008-01-22  
Punkt sprzedaży
Świat
Pewnego dnia będę mieszkał
Polak potrafi - tak mówią...
Rzeczywiście potrafi: i elektrykę, i budowlankę, i dekoratorkę. Potrafi też
być bezdomnym, bezdomnym do cna, bez woli wyjścia z takiego stanu. Bo z
bezdomności trzeba wychodzić, tak jak z alkoholizmu. Gorzej, jeżeli wychodzi
się z obu wtem.
Grzegorz - tak każe o sobie napisać, choć nie tak ma na miano - jest
bezdomnym alkoholikiem. Prawdziwego imienia za nic w świecie nie poda. Boi
się, że ktoś z rodziny bądź z dawnych znajomych z Polski by przeczytał i
zaraz się domyślił, że to o nim przemowa.
Obecnie od rana upił się trzy razy i trzy razy już wytrzeźwiał. Zaraz po naszej
rozmowie pójdzie upić się po raz czwarty najtańszym dostępnym na rynku
ciderem. Dwulitrowa flaszka za dwa funty. Grzegorz każdorazowo musi wydać
cztery, na dzień - co najmniej szesnaście funtów. Skądże ma pieniądze? -
Załatwia się – wyjaśnia. I krańcowość tematu. Jedzenie? Wie, gdzie i kiedy
pójść. - Na projekcie dają do wczesnego popołudnia, u Bruca po siedemnastej
- wylicza.
"Zarys" to innym sposobem Broadway Project - organizacja, która pomaga osobom
bezdomnym w Londynie. Również the Upper Room - przykościelna zrzeszenie
prowadzona przez Bruce’a Marquarta. W obu pojawia się mnóstwo polskich
potrzebujących. Przychodzą się umyć, ogolić, zmienić ubranie, zjeść, wypić
kawę czy zostawić dokumenty w depozycie.
- Paszport mam u Bruca. Niedługo muszę odebrać, bo jadę z krótką wizytą do
Polski - mówi Grzegorz. - Pewnego razu na Hamersmisie, nas - bezdomnych z Polski -
było około pięćdziesięciu. Teraz została może dziesięć. Powracali do
Polski autobusami Barki. Tam na odtrucie i odwyk. Powychodzili z tego - mówi.
Barka także pomaga bezdomnym, z tym że to zrzeszenie głęboko polska,
która podążyła do Anglii za Polakami w potrzebie. Barka, Broadway Project,
the Upper Room i władze dzielnicy Hammersmith and Fulham współpracują ze
sobą pomagając bezdomnym Polakom.
Grzegorz nie chce wracać za nic w świecie. - Wstydzę się - rzuca treściwie.
Pozycja tym w Polsce "ludzie go wkurw...". Patrzą na ręce, interesują się
cudzym życiem. Tu czuje się wolny. Chce pić - to pije, chce być bezdomnym -
to jest. Pies z kulawą nogą mu nic nie mówi, pies z kulawą nogą się nie wtrąca. - Brudne ubranie to moja
sprawa. Tu się tak nie gapią jak w Polsce - wyjaśnia. Gdy ostatnio był w
Polsce, to go błagali: błagała rodzina, błagali w dawnej pracy, żeby wrócił.
- Mowy nie ma. Do Polski nie wracam - stwierdza kategorycznie.
W Anglii jest od pięciu lat. Najprzód pracował u Polaka. Robił dekoratorkę i
elektrykę za dziewięć funtów za godzinę. Tygodniowo dostawał 450. - Za dużo
było tej kasy. Bawiłem się - mówi. Gdzie? - We wszystkich możliwych pubach,
klubach. Balowanie kosztuje. Skończyły się pieniądze. Wylądowałem jak
wylądowałem i już nic na to nie poradzę - opowiada. Wykonywać pracę mu się nie
chce. A nawet jak już się zdarzy, to i tak go oszukają. Ostatnio był pozycja
Londynem. Za miesiąc pracy dostał 90 funtów. To - w skrócie - ostatnich
pięć lat jego życia. Na ulicy jest od dwóch lat. Od dwóch lat też przychodzi
"do Bruca". Współcześnie zupa, na drugie makaron z sosem, napój, chleb. Ułożenie ciała tym
środa to w the Upper Room "clothing day" - dzień, w którym na bezdomnych
czeka sterta ubrań i koców.
Halina, Bruce, Piotr
Pani Halina w the Upper Room jest supervisorem. W Anglii od dwóch i pół
roku.
- Obecnie na obiad przyszło jakieś 70-80 osób. Czasem jest ze 120-130.
Niektórzy przychodzą do nas codziennie, znam ich z twarzy, innych po
imieniu. Ludzie przyjeżdżają tutaj, bo ktoś im obiecał pracę. Bez języka,
prawie bez oszczędności. Tak najłatwiej trafić na ulicę - wyjaśnia pani
Halina.
Z jakiego powodu nie wracają w takim razie do Polski? - Wstydzą się, czasem mają
problemy z prawem - odpowiada Bruce Marquart. - W przypadku Polaków dużą
grupę stanowią ci, którzy w kraju trafiliby do aresztu za niepłacone
alimenty. Wybierają więc "przytułek" w Anglii nawet za cenę bezdomności. Inni
przyjechali tutaj wyrwać się z biedy i bezrobocia, które razem ze swoimi
rodzinami cierpieli w Polsce. Nie udało im się jednak znaleźć tu pracy, a
przynajmniej nie takiej, która pozwoliłaby im godnie żyć i oszczędzać. Za
to, co zarobią mogliby wynająć pokój, ale wówczas nie wysłaliby już nic do
domu. Wybierają więc nocleg na ulicy - wyjaśnia Bruce.
Tak właśnie żyje obecnie Piotr, który pewnego razu w małym miasteczku w województwie
świętokrzyskim pracował na budowie. Potem jednak produkcja się skończyła. Przez
szóstka miesięcy był bezrobotny. Żona, dwójka dzieci i... łączny odpad
pieniędzy. Pojechał. Pierw do Irlandii, potem do Londynu. - Pracę
najczęściej mam ze stójki. Zwykle trzy, czwórka dni. Dwa tygodnie to jest
już cud - mówi. Z pracodawcami też jest różnie. U Polaka trzeba wykonywać pracę
niezwykle ciężko, a do tego zwykle nie płacą. U Anglika po paru dniach się
denerwują, bo Piotr nie rozumie, co do niego mówią. - Raz u Polaka za
piętnaście godzin pracy dostałem 30 funtów. Powiedział, że jak się nie
podoba, to mogę telefonować na policję, ale i tak się nie dogadam - mówi z
nieskrywanym żalem.
Takich jak Piotr czy Grzegorz najłatwiej jest oszukać, zapłacić im jedną
trzecią minimalnej krajowej. Na policję przecież nie pójdą, bo kto by tam
bezdomnemu uwierzył. Piotr zwyczajowo przepracowuje pół miesiąca. Ma z tego
około 500 funtów. Wszystko wysyła żonie. Śpi w parku w krzakach. Tak
przynajmniej mówi. - Umyję się na projekcie, ogolę na dworcu na Hammersmith,
pośrodku szóstą a siódmą rano jest za darmo - opowiada. Obiady je w upper
roomie. Czy uważa się za osobę bezdomną? - Na razie tak - mówi. - Ale
pewnego dnia będę mieszkał - dodaje z żarliwym przekonaniem.
Jurek, Lech i Ewa
Jurek do Londynu przyjechał na dziesięć dni w zwalić się komuś na chatę do syna. Znalazł
pracę, więc został. Potem spotkał "towarzystwo". Zaczął z nimi pić. Synowi
się to nie podobało. Pokłócili się. Jurek trzasnął drzwiami. Torbę ze swoimi
rzeczami schował w krzakach i poszedł "coś załatwić". Gdy wrócił, torby nie
było. Przepadł paszport i wszystkie dokumenty. - I wtedy zaczęła się moja
wybieg przez mękę - mówi.
Z jednego squatu trafiał na następny bądź na ulicę. Raz przez dwa tygodnie
mieszkał zupełnie sam w ogromnym pustostanie na Acton. - Jak Robinson Crusoe
- uśmiecha się Jurek. Raz nocował przy POSK-u, raz na cmentarzu w samym
rogu, ale w nocy ugryzł go lis. Potem nad Tamizą w spacyfikowanym squacie po
narkomanach - on i jeszcze jeden Polak. - Wchodzić trzeba było trzymając
się siatki z kolcami. Do wody było szóstka metrów, wody też szóstka metrów.
Gorzej jak był odpływ. Wówczas tuzin metrów do gołych kamieni -
przypomina sobie. W jakiś sposób przenigdy nic mu się nie stało, choć nie pamięta wielu
swoich powrotów.
Jurek z bezdomności wyszedł. Wyszedł też z alkoholizmu. W kto sposób? W
główny punkt Broadway Project spotkał ludzi z Barki. Zaczął z nimi rozmawiać.
Zastanawiać się. Zaproponowali mu powrót do Polski. Pojechał. To nie
rozwiązało jednak jego problemów. Potem zdarzało mu się zapić. Jurek
pojechał więc do jednego z ośrodków Barki w Chudopczycach. Tam mieszkał,
pracował, przeszedł przez odtrucie. Później dostał do prowadzenia
makaroniarnię.
Obecnie jest osobą niepijącą. Jego makaroniarnia jeszcze lepiej sobie radzi. Jest
też jednym z liderów w Barce. Daje przypadek swoją osobą, że z bezdomności i
z alkoholizmu można wynieść się. - Polacy, którzy w Anglii są bezdomni, na ulicę
trafili tutaj. W Polsce wiedli normalne życie, mieli domy, w szeregu przypadków rodziny -
opowiada Lech, także prowadzący Barki.
Liderzy tej organizacji przyjeżdżają do Londynu z Polski na miesięczne
pobyty: prowadzą tu zajęcia dla potrzebujących rodaków, jeżdżą na nocne
patrole i oferują wszelkiego rodzaju zasiłek potrzebne, by wynieść się z
bezdomności. Lech w Polsce na ulicy mieszkał 20 lat, przez 30 pił. Jego
zdaniem, dla Polaków w Wielkiej Brytanii - którzy przyjeżdżają tu zarobić,
pomóc rodzinie czy spłacić długi - potencjalnie najniebezpieczniejszy okres
jest wówczas, gdy kończy się jedna praca, a na horyzoncie nie ma jeszcze
następnej.
- Gdy szuka się nowego zajęcia i z przerażeniem patrzy jak topnieją resztki
pieniędzy, prawdopodobieństwo trafienia na ulicę jest niezmiernie duże - wyjaśnia
Lech. - Bezdomność Polaków w Wielkiej Brytanii wynika w wielu przypadkach z faktu, iż
przyjeżdżają tu zupełnie nieprzygotowani. Bez odpowiednich oszczędności i
bez wiedzy o brytyjskim systemie - dodaje Ewa Sadowiska, koordynator
projektu EuroMi, w ramach którego Barka pomaga wrócić do Polski bezdomnym
rodakom z krajów europejskich. - Do tej pory 64 osoby wróciły do Polski z
Barką, z tego 61 z Londynu, dwie z Dublina, jedna z Kopenhagi - mówi pełna
entuzjazmu Ewa. Niemal środek przywiezionych "londyńczyków" wróciła w Polsce
do swoich rodzin, reszta - o ile nie miała gdzie pójść lub po prostu nie
chciała wskazywać się w domu złamana i zniszczona - staje na nogi w
ośrodkach organizacji.
Barka działa na razie w dzielnicy Hammersmith and Fulham. Jej program chcą
jednak wprowadzić u siebie kolejne londyńskie dzielnice. Właśnie trwają
rozmowy. - Nie jesteśmy zwykłym charity - wyjaśnia Ewa. - Jesteśmy
nastawieni na zapewnienie samodzielności osobom, którym pomagamy. Nie dajemy
im tylko czegoś do zjedzenia i miejsca do spania. Zachęcamy je do
przedsiębiorczości. Stąd liczne spółdzielnie socjalne, samowystarczalne
wspólnoty, stowarzyszenia samopomocowe, centra integracji społecznej -
dodaje Ewa. W najbliższy poniedziałek z Londynu wyruszy następny samochód
Barki z bezdomnymi. Do Polski ma wrócić szóstka osób. Jeżeli nadal tak pójdzie,
to "na Hamersmisie" zostanie tylko uparty Grzegorz.
« 1/1 »
« powrot
Copyright 1996-2008 Sitwa Onet.pl SA
 

Losowe archiwum

Lech Kaczyński: jest mi przykro
Poznań: pacierz o jedność chrześcijan
Tymoszenko: do NATO tylko przez referendum
Posłowie są winni Sejmowi z okładem 4 mln zł
Australian Open: faworytki idą jak burza